Mauretania 4x4 2021

Mauretania 2021 – Trans Sahara Adventure

Przeżyj z nami wyjątkową przygodę off-roadową w Mauretanii. Wyprawa potrwa 2 tygodnie (od momentu spotkania w Rabacie do zakończenia wyprawy na granicy Mauretanii i Sahary Zachodniej). Pokażemy Wam kraj, leżący prawie w całości na Saharze. Słynący z największego monolitu Afryki – Ben Amery – na który wejdziemy pieszo. Będziemy przemierzać bezkres pustyni jadąc 3 doby po piasku bez żadnego miasta po drodze. Przekonacie się, co oznacza prawdziwa pustynia, prawdziwy off-road i prawdziwe wyzwanie. Zapraszamy!

Mauretania (arab. موريتانيا Muritanija, nazwa oficjalna Islamska Republika Mauretańska arab. الجمهورية الإسلامية الموريتانية Al-Dżumhurija al-Islamija al-Muritanija) – państwo w północno-zachodniej Afryce, nad Atlantykiem. Graniczy z Senegalem, Mali, Algierią i Saharą Zachodnią, znaczną część kraju stanowią pustynne terytoria saharyjskie.

Mauretania ma dostęp do Oceanu Atlantyckiego (linia brzegowa to 1200 km). Większa część kraju to Sahara. Jedyną dużą rzeką, która nie wysycha jest Senegal (graniczna). Najwyższe wzniesienie: Kidjat Idżdżil – 915 m n.p.m.

Na południu kraju, w strefie Sahelu, częstym elementem krajobrazu są sawanny porośnięte akacjami (guma arabska). Ku północy stają się coraz suchsze, przechodząc stopniowo w pustynie.

Mauretania ma tylko 1400 km utwardzonych dróg, pozostałe, to szlaki szutrowe.

Ramowy plan

Dzień 1

Spotykamy się na kempingu w Rabacie w Maroku. Załatwiamy wizy. Zwiedzamy Rabat. 
 
Takie widoki w Saharze Zachodniej to norma

Dzień 2

Odbieramy paszporty z wizami i ruszamy na południe. Dzisiaj jedziemy autostradą. Nocleg w okolicach Agadiru na dzikiej plaży nad Oceanem Atlantyckim.

Dzień 3

Ruszamy dalej na południe. Po drodze zobaczymy Białe Plaże i resztki stóp w Sidi Ifni – niesamowite twory skalne jakie wytworzył Atlantyk na klifowym wybrzeżu. Nocleg na klifie nad oceanem.

Wszędzie blisko

Dzień 4

Wciąż przemy na południe. Docieramy do terytorium Sahary Zachodniej i tam nocujemy na bardzo ładnym kempingu. Jest ciepła woda i internet.

Sahara Zachodnia

Dzień 5

Dzisiaj dojeżdżamy do granicy z Mauretanią. Śpimy na granicy po jej przekroczeniu.

Off-road w Mauretanii

Dzień 6

Dzisiaj dojedziemy do monolitu Ben Amera i zanocujemy u jego stóp. Przedtem jednak wejdziemy na jego szczyt. Monolit jest z litej, suchej skały, nachylonej pod stałym nie za dużym kątem. Wejście na niego stanowi problem kondycyjny, nie techniczny.

Przy Ben Amerze

Dzień 8

Po trudach pustynnej przeprawy i częściowej jazdy na azymut dojeżdżamy do Ataru. Nocleg na szwajcarskim kempingu. 

Serwis na pustyni 🙂

Dzień 9

Dzisiaj pojedziemy do Oka Afryki – przedziwnego tworu skalnego o średnicy 40 km, w samym sercu Sahary. Widać je świetnie z kosmosu 🙂

Odpoczywamy
 

Dzień 10

Ruszamy na południe do Tidikja. Pustynia będzie powoli zmieniać się w hamadę. Nocleg na dziko.

Trasa do Oka Sahary
 

Dzień 11

Dzisiaj off-road prastarymi kanionami wyschniętych rzek do Kiffy. Tam zanocujemy.

Na południe! Góry na Saharze
 

Dzień 12

Ruszamy na zachód. W Mauretanii żyją krokodyle nilowe, często w miejscach, gdzie woda wysycha na kilka miesięcy. Postaramy się je Wam pokazać, a następnie dotrzemy do rzeki Senegal.

Obóz po środku niczego

Dzień 13

Zwiedzanie rezerwatu ptaków przy granicy z Senegalem.

Guźce na Sahelu.

Dzień 14

Jedziemy do Nouakchout – stolicy Mauretanii. Zanocujemy na kempingu prawie w centrum miasta.

Te wieczory w Afryce!

Dzień 15

Ruszamy w stronę granicy. Przedtem jednak zobaczymy jeszcze słynne wrakowisko statków w Nouadhibou. Przekraczamy granicę i ruszamy w stronę Europy. Koniec wyprawy.

Tutaj znajduje się reportaż z wyjazdu do Mauretanii

Spotykamy się we Włoszech w Genui. Okrętujemy się na promie i płyniemy do Tangeru. W Maroku i Mauretanii spać będziemy na polach namiotowych i na dziko.

Weźcie ze sobą wysokie buty (za kostkę) i ubrania na temperatury od 20 do 40 stopni. Pamiętajcie o klapkach pod prysznic i kąpielówkach – kąpiel w Atlantyku jak najbardziej wskazana.
O wyposażeniu można poczytać tutaj.

Nie są wymagane żadne szczepienia – warto natomiast ubezpieczyć się dodatkowo – np. na naszej stronie z ubezpieczeniami – dobre ceny dla krajów basenu Morza Śródziemnego. Potrzebna jest również zielona karta i paszporty ważne minimum 6 miesięcy dłużej niż data wjazdu do Maroka. Pamiętajcie o znaku „PL” na samochodzie – ten na rejestracji nie wystarczy.

Jeździmy do Afryki czasem 5 razy do roku od wielu lat. Znamy miejscowe zwyczaje i ludzi. Wiemy gdzie zwrócić się o pomoc w razie awarii. Jadąc z nami – będziecie pod dobrą opieką!

Podsumowanie:

Wymagania dotyczące samochodu:

Sprawny samochód terenowy z napędem na wszystkie koła, reduktor, CB radio, zalecane opony AT.


Długość trasy:

Planowana trasa ma ok.4500 km + dojazd do Hiszpanii


Paliwo:

Maroko: cena ok. 0,80 EUR/litr. Nie ma LPG

Sahara Zachodnia: cena ok 0,50 EUR/litr

Mauretania: cena ok 0,90 EUR/litr


Waluty:

Najlepiej zabrać ze sobą euro. Bez problemu można je zamienić na dirhamy obowiązujące w Maroku i na terytorium Sahary Zachodniej oraz na oguiya obowiązujące w Mauretanii. Wymian dokonujemy w cywilizowanych bankach po urzędowym kursie.


Wizy:

Obywatele Polski nie potrzebują wiz do Maroka. Wizy mauretańskie załatwiamy w Rabacie w Maroku na początku wyprawy. Weźcie ze sobą 2 zdjęcia (jak do dowodu osobistego lub paszportu)


Szczepienia:

Nie są wymagane żadne dodatkowe szczepienia. Warto wspomnieć, że jedziemy do kraju pustynnego, gdzie nie ma komarów ani żadnych gryzących owadów.


Noclegi:

Śpimy na dziko na pustyni lub na plaży na brzegu Atlantyku. Co kilka dni będziemy nocować na kempingach.


Wyposażenie:

Ekwipunek kempingowy, namioty, śpiwory, sprzęt do przygotowania posiłków. Warto zapoznać się ze stroną z poradami >>tutaj<<


Opłaty za udział w wyprawie (różne opcje):

Załoga 1 samochodu (niezależnie od ilości pasażerów):  

Opłata rejestracyjna po dokonaniu zgłoszenia w wysokości 1000 zł,
dodatkowo: 1000   na 30 dni przed rozpoczęciem wyprawy
oraz 650 EUR płatne prowadzącemu wyprawę na miejscu spotkania.

lub

Osoba bez samochodu (jadąca jako pasażer w samochodzie prowadzącego wyprawę):

Opłata rejestracyjna po dokonaniu zgłoszenia w wysokości 1000 zł,
dodatkowo: 1000  na 60 dni przed rozpoczęciem wyprawy
oraz 1200 EUR płatne prowadzącemu wyprawę – na miejscu spotkania.

lub

Załoga w wynajętym od nas samochodzie terenowym (niezależnie od ilości pasażerów (max 5)):

Opłata rejestracyjna po dokonaniu zgłoszenia w wysokości 2000 zł,
dodatkowo: 1000   na 60 dni przed rozpoczęciem wyprawy 
oraz 350 zł netto za każdą dobę najmu samochodu. (możemy wystawić fakturę VAT na wynajem – dla firm)
Wynajem namiotu dachowego na wyprawę: 500 zł
Przykładowy samochód na wynajem poniżej:

Wynajmujemy Mitsubishi Pajero III i IV – z klimatyzacją, automatyczną skrzynią biegów, silnikami 3,2D o mocy od 160 do 200 KM oraz podstawowym wyposażeniem wyprawowym i namiotem dachowym (wynajem namiotu płatny dodatkowo). Samochód w pełni ubezpieczony.

Gwarantujemy:

  • sprawdzoną trasę,
  • opiekę organizatora (nawet 24h jeśli będzie taka potrzeba)
  • pomoc w usuwaniu ew. awarii lub holowanie do najbliższego warsztatu

Opłata nie obejmuje:

  • kosztów paliwa (poza gośćmi zajmującymi miejsce w naszym samochodzie)
  • wyżywienia,
  • noclegów

Koszty dodatkowe:

Prom z Algeciras do Ceuty – ok 130 euro w jedną stronę. Można również płynąć z/do Włoch.
wiza – ok 40 euro
nocleg w hotelu – ok 25 euro od osoby
nocleg na kempingu – ok 4-8 euro od osoby


Ubezpieczenia:

Zobacz ofertę ubezpieczeń – kliknij


Pogoda – w co się ubrać:

Dni bardzo ciepłe i suche. Noce również bardzo ciepłe. Możliwe temperatury w okolicach 35 -38 stopni.


Galerie zdjęć (więcej w zakładce Galerie)

Mauretania 2013
Mauretania - zaproszenie
Mauretania 2015
Mali, Mauretania, Burkina Faso 2012

Filmy:

Wyprawa wyprzedana w całości – zapraszamy na inne terminy

 

Mauretania 2015 – galeria zdjęć

Często jest jeszcze mocno grzązko

Mauretania – off-road w sercu Sahary – relacja z wyprawy

Nasza wyprawa zaczyna się w Rabacie

w stolicy Maroka. Tutaj jest mauretańska ambasada i można zdobyć wizy do tego pustynnego i jednocześnie przepięknego kraju. Część z nas tradycyjnie spędzała Sylwestra w Maroku i po imprezie dojechała do stolicy, pozostali natomiast dojechali z Polski prosto do Rabatu. Dojazd tutaj z naszego kraju to praktycznie non-stop autostrada, 2 godziny promu przez Cieśninę Gibraltarską i dalej autostrada do samego Rabatu. Pod tym względem Maroko jest już chyba wyżej rozwinięte niż Polska 😉 Na szczęście Mauretania jest pod tym względem zupełnie inna.

Restrykcyjne podejście

Od początku nurtuje nas pewien problem, otóż jedna z uczestniczek ma w paszporcie pieczątkę z Izraela. Wiadomo, że Mauretania nie życzy sobie takich gości, siłą rzeczy musimy wymyślić coś, żeby tej pieczątki nikt w ambasadzie nie zobaczył. Z kilku opcji w stylu: wydrapać, wyrwać kartkę, zalać kawą itd. wybieramy zaklejenie fikcyjną naklejką – niby służb celnych Azerbejdżanu. Zobaczymy.

Noc spędziliśmy na ulicy pod ambasadą – jest tu sporo aut, głównie kamperów, uliczka spokojna, prawie nie ma ruchu. Dzielnica ambasad w końcu. Rano część z nas staje w kolejce do okienka przy murze ambasady. Na pewno spędzimy tu kilka godzin. W międzyczasie kserujemy w pobliskim markecie paszporty i wnioski do wypełnienia. Potem wypełniamy – pytań sporo głównie o wizyty w innych krajach – wiadomo o co chodzi. W końcu udaje nam się złożyć dokumenty – o dziwo wizy mają być gotowe tego samego dnia po 15.00. Idziemy na miasto pochodzić – jeszcze zostało trochę czasu.

Ambasada mauretańska w Rabacie - zaczynamy wyprawę od wyrobienia wiz
Ambasada mauretańska w Rabacie – zaczynamy wyprawę od wyrobienia wiz

Punktualnie o wyznaczonej godzinie stawiliśmy się w kolejce pod murkiem, chętnych sporo, głównie Afrykańczyków z krajów poniżej Mauretanii – jadą do domu z Europy. Niektórzy czekają już od poprzedniego dnia. Nikt nic nie wie na pewno. W końcu okienko się otwiera. Pan obsługuje raz kobiety raz mężczyzn, którzy szybko tasują się na dwie kolejki – panowie po prawo, panie po lewo. Nasze dziewczyny też stają, w krótszej kobiecej kolejce. Biorą ze sobą karteczki wszystkich uczestników z naszej grupy. W końcu wszyscy mamy paszporty w rękach, a okienko się zamyka pozostawiając sporą część petentów nieobsłużonych, bez żadnej informacji…

Nam się jednak udało. Naklejka też spełniła swoje zadanie. Wsiadamy do samochodów i ruszamy na południe. Dzisiaj dotrzemy do Marakeszu – to niecałe 400 km w całości autostradą. Znam tam dobry kemping – odpoczniemy i wykąpiemy się w gorącej wodzie. Następnego dnia rano, pełni sił ruszamy dalej. Najpierw autostradą do Agadiru, a potem nadoceaniczną drogą na południe. Niedługo skończy się zasięg królewskiego dekretu nakazującego traktowanie turystów jak „święte krowy” wiele nam wolno w Maroku – parkować gdzie bądź, ignorować czerwone światła na skrzyżowaniach, jeździć bez pasów… ale tylko do miejscowości Tan-Tan, dalej jesteśmy już jak wszyscy – i bardzo dobrze. Mijamy Tan-Tan, grzecznie, w zapiętych pasach i z włączonymi światłami. Policja nas kontroluje, ale szybciutko – zerk w paszporty, uśmiech i „drive safe” 🙂

Turystyczne Maroko za nami

Marokańska różnorodność terenu też się kończy. Jedziemy nad brzegiem Atlantyku, ale po Saharze – tak już będzie aż do mauretańskiej granicy. Piach, piach i ocean niedaleko. Dzisiaj śpimy w pobliżu wraku statku stojącego przy samym brzegu. Odwiedza nas policjant, który wziął się nie wiadomo skąd. Zapytał skąd jedziemy i dokąd i poszedł sobie. Zapowiada się ciepła noc.

Statek na brzegu Atlantyku
Statek na brzegu Atlantyku

Rano ruszamy wcześnie – trzeba pokonać pustynię. Widoki niestety monotonne, po lewej Sahara – jak okiem sięgnąć, płasko, prawie bez roślinności, czasem jakiś wielbłąd mignie, albo mini tornado wije się gdzieś miedzy wydmami. Po prawej za to Atlantyk – czasem widać go jak niebieską kreskę, a czasem jest tak blisko, że fale wyrzucające wodę wysoko w powietrze sprawiają, że lądują nam na szybach słone krople. To problem, bo wysychając tworzą białe plamy, które da się najwyżej rozmazać wycieraczkami. W pewnym momencie, teren zaczyna się wnosić – na GPS-ie pokazują się wartości zbliżone do 100 m. Wybrzeże klifowe. Miejscami się zapada, tworząc niesamowite rozpadliny. Zjeżdżamy zobaczyć: niesamowite miejsce – prawie idealnie płaski teren, na wschód po horyzont jest równo, za to od zachodu ocean podmywa na swojej wysokości skały wdzierając się „pod spód” setki metrów od brzegu. Od góry miejscami teren się zapadł, ale w taki sposób, że często można taką dziurę obejść w koło. Zobaczcie sami:

Rozpadlina na wybrzeżu klifowym
Rozpadlina na wybrzeżu klifowym
Widok w stronę oceanu
Widok w stronę oceanu

 

Po przerwie jedziemy dalej na południe. Przez chwilę na naszych telefonach pojawia się zasięg z… Hiszpanii??? Zerkam na mapę – wszystko jasne – niedaleko stąd są wyspy Kanaryjskie. Docieramy do  Boujdour – bardzo zadbane miasteczko, plaża, restauracje, sklepy – wszystko tańsze niż w Maroku. Śpimy na kempingu, jest internet, ciepła woda – full serwis. Rano ruszamy szybko – chcemy dotrzeć do granicy. 300 km od niej jest wielkie rondo i drogowskaz – Dakar – 1430 km. Wesoło to wygląda.

Dakar blisko
Dakar blisko

W prawo jedzie się do ostatniego miasta Maroka – Dakhli, prosto – do Mauretanii. Dakhla ciągnie się ze 30 km na cyplu który świetnie widać na wschodzie na horyzoncie. Potem nie ma już zupełnie niczego, aż do granicy. Granica jest zamykana o 18-tej, więc staramy się zdążyć – udaje się nam, ale jest spora kolejka. Na szczęście można dogadać się z pogranicznikiem i za 100 dirhamów puszczą nas bez kolejki. Formalności marokańskie poszły całkiem sprawnie.

Mauretania

Wjeżdżamy na ziemię niczyją jeszcze przed zmrokiem. To dobrze, podobno teren jest zaminowany (chociaż w to nie wierzę), szutrowa droga wije się między chaotycznie porozrzucanymi wrakami samochodów. 7 km drogi do Mauretanii – świetne doznania. Potem dotarliśmy do mauretańskiego posterunku granicznego. Znowu formalności – w tym roku szybciej, bo chłopaki włączyli komputery, które w zeszłym roku mieli w kartonach pod biurkami. Wciąż nie mają prądu z sieci, ale zestawy UPS’ów podłączonych do baterii słonecznych zasilają wszystko. Wjeżdżamy na teren kraju i od razu oddalamy się od oceanu. Nasz pierwszy nocleg planujemy na pustyni w drodze do Ben Amery.

Nasza wyprawa do Mauretanii właśnie się zaczęła.

Na początku jest asfalt – dziurawy, ale jest. To droga nr 1 – prowadzi na południe i dalej do Dakaru – znamy ją z poprzednich wyjazdów. Tym razem w pierwszej miejscowości skręcamy na pustynię. Małe zakupy w miejscowym sklepie, wyglądającym dokładnie tak, jak większość z nas sobie wyobraża sklepy w Afryce: 4 produkty na krzyż, dobrze, że jest w miarę świeży chleb i woda.

Pierwszy sklep w Mauretanii
Pierwszy sklep w Mauretanii

Potem wjeżdżamy w pustynię. Dosłownie. Droga jest mocno piaszczysta – spuszczamy powietrze z kół. Jedziemy kilkanaście kilometrów i rozbijamy obóz. Wieczorem słychać łoskot ciągnący się od horyzontu. Wiem co to jest – to najdłuższy pociąg na świecie jadący przez pustynię z portu w Nouadibou do kopalni żelaza w głębi pustyni. Pociąg ma prawie 3 kilometry i słychać go było blisko godzinę, za nim w końcu zamilkł. Następnego dnia postaramy się go zobaczyć. Od rana jedziemy w okolicy torów kolejowych. Raz bliżej raz dalej, ale staramy się za bardzo nie oddalać – polujemy na pociąg. W końcu jest, nadjeżdża z naprzeciwka. To pewnie ten sam, który mijał nas w nocy.

Najdłuższy pociąg na świecie
Najdłuższy pociąg na świecie

Na zdjęciu nie widać za wiele, ale udało się nam go też sfilmować – to już daje jakieś wyobrażenie o tym kolosie.

Pasjonaci kolejnictwa zapewne zapytają dlaczego piszę o tym składzie, że jest najdłuższy, skoro bywały na świecie pociągi dłuższe? Oczywiście, rekord to podobno ponad 600 wagonów, ale to było bicie rekordu – jednorazowe. Pociąg w Mauretanii jeździ w takim składzie codziennie, kilka razy na dobę.

Naszym celem na dzisiaj jest Ben Amera

– największy monolit w Afryce i trzeci na świecie. Pamiętam jak go zobaczyłem kilka lat wcześniej pierwszy raz – w pewnym momencie po prostu się pojawił, zasłaniając  sporą część nieba, wtedy całkiem nieźle wiało, więc przejrzystość powietrza nie była idealna i dlatego miał szansę się pojawić w taki nagły sposób, a był wtedy oddalony jeszcze o kilkanaście kilometrów. Tym razem widoczność była idealna, co nie pozwoliło Ben Amerze zrobić niespodzianki – widzieliśmy go kilka godzin przed dotarciem do niego. Dojechaliśmy przed zmrokiem urzeczeni rozmiarami monolitu. Postanowiliśmy podjąć próbę zdobycia go rano. Noc minęła spokojnie, tylko wieczorem przyjechała policyjna Toyota, policjanci zapytali się czy wszystko w porządku i poprosili, żeby rano podjechać na posterunek w pobliskiej wsi i dać znać, że wyjeżdżamy. Mają jakiś monitoring czy co? Ekipa zdobywająca zebrała się u stóp monolitu, i podjęli próbę wejścia. Część z nas została na dole. To naprawdę niesamowite wrażenie stać sobie obok tego gigantycznego jadnolitego kamienia, leżącego ot tak sobie pośrodku zupełnie płaskiej pustyni. Obok jest jeszcze kilka mniejszych monolitów, ale takiego głazu jak Ben Amera nie widziałem nigdzie indziej. Nawet skała Gibraltarska nie robi takiego wrażenia, chociaż też jest monolitem, ale rosną na niej drzewa – wygląda po prostu jak góra. Ben Amera – to totalny odjazd.

Ekipa wdrapująca poddała się po jakichś 2 godzinach, i mniej więcej tyle samo schodzili z powrotem. Potem ruszyliśmy do „żony” Ben Amery – Aiszy. To drugi wielki monolit w okolicy, afrykańska legenda głosi, że to niewierna towarzyszka życia olbrzyma, natomiast wszędzie porozrzucane maluchy – to ich dzieci. Aisza jest mniejsza, ale bardziej stroma i też robi spore wrażenie. Odwiedziliśmy ją jednak z innego powodu – na przełomie wieków – XX i XXI (tak, to historia najnowsza) zaproszona artystów z całego świata do wykonania rzeźb upamiętniających przełom wieków. Wykuto wiele mniejszych i większych obiektów, wyglądających nieziemsko w tym pustym krajobrazie.

Kiedy nacieszyliśmy się sztuką w tym dzikim miejscu, pojechaliśmy do pobliskiej „wioski” gdzie obiecaliśmy stawić się na posterunku policji. Policjanci życzyli nam szczęśliwej podróży i powiadomili następny posterunek o naszej podróży. Kiedyś wydawało się nam to męczące, ale tak naprawdę daje poczucie bezpieczeństwa. Wiemy, że w razie nie stawienia się w przewidywalnym czasie na kolejnym posterunku, policjanci ruszą na poszukiwanie nas, co w razie jakiejś awarii, może być bardzo pomocne. Tego dnia zrobiliśmy sobie obóz na pustyni, wiedząc, że kolejnego będziemy spali w bardziej cywilizowanym miejscu.

Dzisiaj ruszamy do Ataru.

Czeka nas kilkaset kilometrów przez bardzo zróżnicowane widokowo tereny. Jedziemy na południe.

Kurs na Atar
Kurs na Atar

Sahara tutaj ukazuje trochę łaskawsze oblicze, w końcu jesteśmy prawie na jej końcu. Pojawiają się pojedyncze drzewa i pagórki. Droga jest naprawdę urokliwa. W Atarze, „stolicy turystycznej” Mauretanii, jak zwą to miasteczko lokalesi mieszka ok 30 tys. ludzi. Kiedyś docierał tu rajd Paryż-Dakar, teraz jednak nie ma tu zbyt wielu turystów. Blisko stąd do Szinkitu i Wadanu – zabytkowych miast, wpisanych na listę światowego dziedzictwa UNESCO. W Atarze znajduje się kilka kempingów, z których jeden można nazwać „luksusowym” jak na lokalne warunki – prowadzony jest przez Niemkę i Holendra. Tam właśnie zmierzamy.

Sam Atar nie jest specjalnie urokliwy. Miasto ma coś w rodzaju centrum, klika sklepów, targ, stację benzynową, bank i okresowo otwierane lotnisko, z którego można polecieć nawet do Europy. Stanowi jednak świetną bazę wypadową do pobliskich atrakcji.

Atar
Atar

Po dotarciu na kemping przede wszystkim rzuciliśmy się na prysznice. Potem uzupełnienie zapasów, paliwa, szybki przegląd samochodów i odpoczynek. Właścicielka kempingu zrobiła nam kolację, jednak piaskowy sos  psuł trochę cały efekt. Idziemy spać.

Następnego dnia rano ruszyliśmy do Szinkitu i Oka Afryki. Szinkit powstał w 777 roku i rozwijał się intensywnie jako ważny ośrodek handlowy dla berberyjskiej konfederacji plemion Sanhadża. Droga do miasta prowadzi przez płaskowyż na który trzeba wspiąć się zaraz za Atarem, potem jest prawie idealnie płasko. Samo miasteczko jest zespołem murów i wież, które o dziwo są w bardzo dobrym stanie.

Szinkit
Szinkit

Oko Sahary

Po obejrzeniu miasteczka ruszyliśmy do Oka Sahary. Tutaj praktycznie nie ma żadnej drogi – jechaliśmy po prostu na azymut. Słynny Kalb ar-Riszat jak miejscowi nazywają tę formacja skalną, uważaną kiedyś za krater meteorytu, którym jednak prawdopodobnie nie jest, położony jest na północ od Szinkitu i niesamowicie wygląda z kosmosu:

Kalb ar-Riszat - Oko Sahary - widok z kosmosu
Kalb ar-Riszat – Oko Sahary – widok z kosmosu

Nam udało się do niego wjechać i w samej jego „źrenicy” urządzić sobie nocleg. Poniżej zdjęcie zrobione z samochodu, z tabletem z mapą rastrową, gdzie czerwona strzałeczka pokazuje naszą pozycję. Formacja jest tak duża (prawie 50 km średnicy), że gdyby nie zdjęcia satelitarne, nie zauważylibyśmy jej – po prostu pagórki ułożone jeden za drugim.

Atar

Następnego dnia rano wracamy do Ataru. Zgodnie z planem. To i tak pół dnia jazdy. Znowu uzupełniamy paliwo i zapasy, mycie, pranie i po noclegu kierujemy się na południe. Naszym celem jest Tidjikja – miasto w którym byłem w zeszłym roku jadąc do Mali. Wtedy jechaliśmy asfaltem ze stolicy Mauretanii – Nouakchott. Tym razem przejedziemy przez Saharę. Wiem, że będzie interesująco. Droga nie jest uczęszczana, a piaski pustyni potrafią przemieścić się wiele kilometrów w różne strony. Szlak, który był w zeszłym roku przejezdny, może być całkiem zasypany – i jak się okazało nie raz tak było. Ponieważ zbliżamy się do Sahelu – południowego krańca Sahary – coraz częściej widać roślinność.

Droga z Ataru do Tidjikja
Droga z Ataru do Tidjikja

Trasa jest naprawdę przepiękna, czasami bardzo wymagająca, szczególnie, że jedzie z nami duża Toyota z zabudową kamperową – trzeba dla niej szukać mniej stromych przejazdów, a wydmy potrafią być naprawdę spore. Czasami przed nami pojawiał się dosłownie ocean piasku. Nawet przez lornetkę nie było widać szans, na objechanie go, więc jechaliśmy – przez środek.

Przejazd przez Ocean Piasku - kropki w tle to kolejne zakopane auto
Przejazd przez Ocean Piasku – kropki w tle to kolejne zakopane auto

W końcu nocujemy. Obóz robimy w miejscu, gdzie jest trochę drewna i można zapalić ognisko. Tu daleko od jakiejkolwiek cywilizacji, lepiej odstraszać dzikie zwierzęta, mimo, że nie spotkaliśmy nic większego od guźca, który jest wybitnie płochliwym stworzeniem.

Najmłodsi zbierają opał
Najmłodsi zbierają opał

Tego dnia udało nam się przebyć blisko połowę drogi do celu. Jutro przejedziemy resztę. Powinno być łatwiej. Po wspólnie spędzonym miło wieczorze idziemy spać. Noc minęła spokojnie i po pięknym wschodzi słońca ruszamy dalej na południe. Tu już zaczyna się jakaś cywilizacja. A to ktoś tankuje wodę do wielbłądów :-), a to widać stada pasących się na piasku kóz albo jedzie transport drewna na osiołku. Pustynia jednak nie daje za wygraną i jeszcze nie raz pokazuje swoje wyłącznie piaszczyste oblicze.

Po noclegu w kompletnej dziczy

gdzie do najbliższej cywilizacji było ok 250 km w dowolną stronę, jedziemy dalej na południe. Dzisiaj postaramy się dotrzeć do miejscowości Tidjikja. Biegnie przez nią asfaltowa droga łącząca stolicę Mauretanii z Mali. Jednak do tego momentu musimy wciąż walczyć z Saharą. Roślinność dookoła robi się coraz bujniejsza, jednak my wciąż jedziemy po piasku.

Blisko miasta Tidjikja
Blisko miasta Tidjikja

Pojawiają się palmy, miejscami droga przypomina wyschnięte koryto rzeki – i zapewne nim jest kiedy jakimś cudem spadnie deszcz (podobno zdarza się to tutaj raz na kilka lat). W końcu docieramy do czegoś, co już zupełnie przypomina drogę, pojawiają się ślady innych samochodów – zasięg w telefonach – można wreszcie wyłączyć telefon satelitarny. Jesteśmy w cywilizacji! Tidjikja przed nami!


W miasteczku kupujemy coś do jedzenia – mają nawet pomidory! Wodę, paliwo. Jest przemycona z Senegalu coca-cola. Mauretania to chyba jedyny kraj który znam – w którym nie robi się coca-coli na miejscu, ani oficjalnie się jej nie sprowadza. Po dwugodzinnym szaleństwie zakupowym jedziemy za miasto na nocleg. Jutro pokażę wszystkim krokodyle.

Po kolejnej spokojnej nocy, podczas której gwiazdy wisiały jakby jeszcze niżej niż zwykle w Afryce – ruszamy do siedliska krokodyli.

Po uzupełnieniu ciśnienia w mieście - znowu schodzimy do 1 atm - tylko tak da się jechać w takim piasku
Po uzupełnieniu ciśnienia w mieście – znowu schodzimy do 1 atm – tylko tak da się jechać w takim piasku

Krokodyle

O dziwo w Mauretanii żyją krokodyle nilowe, co ciekawe nie mają za dużo przestrzeni życiowej – zbiorniki wodne w których można je spotkać mają po kilka metrów średnicy – podobno po opadach mocno się powiększają i łączą, ale, jak pisałem wyżej dzieje się to tak rzadko…

Pierwsze plantacje w Mauretanii - w końcu jest mokro
Pierwsze plantacje w Mauretanii – w końcu jest mokro

Dojazd do siedliska krokodyli nie był łatwy – znowu sporo piasku i trochę kamienistych podjazdów i dużo kurzu. Kiedy nam się w końcu udało – niektórzy nie wierzyli własnym oczom – krokodyle po prostu opalały sie na słońcu tak blisko, że można było do nich podejść i ich dotknąć, co niektórzy z nas chcieli od razu zrobić.

Krokodyl w Mauretanii
Krokodyl w Mauretanii

Na szczęście udało mi się na czas przypomnieć im, że mają do czynienia z bezlitosnym zabójcą. Zwykle kiedy w Mauretanii robiliśmy jakikolwiek postój blisko cywilizacji, za chwilę oblegał na tłum dzieci, a czasem i dorosłych – śmiejących się, pozdrawiających i liczących na poczęstunek lub po prostu ciekawych.

Tu przy tym siedlisku krokodyli, również było sporo miejscowych dzieci, jednak żadne nie odważyło się do nas podejść, jako, że zaparkowaliśmy dosłownie kilka metrów od zbiorników z krokodylami. Z daleka było widać jakim respektem miejscowi darzą te zwierzęta.
Jedziemy jeszcze na kolejne siedlisko, a potem ruszamy dalej na południowy zachód. Postaramy się dotrzeć do krańca Sahary, już naprawdę dużo nie zostało.

Po noclegu ruszamy dalej na południe. Dzisiaj postaramy się dostać do parku narodowego  Diawling rozpościerającego się na samym południowym wschodzie Mauretanii, w delcie rzeki Senegal. Najpierw całkiem sporo asfaltu – „droga zbudowana dzięki wsparciu funduszy Unii Europejskiej” – brzmi znajomo prawda? Droga piękna, równiutka, za to upstrzona… osłami.

Droga upstrzona osłami
Droga upstrzona osłami – kierunek: Rosso

Zdjęcie wyjaśnia dobitnie co mam na myśli. Co ciekawe, nie ma takiej siły, która te osły z tej drogi wygoni. Można trąbić, jechać wprost na nie, zatrzymać się przed nimi – one po prostu stoją jak posągi.

Rosso

Asfaltem dotarliśmy do Rosso – przejścia granicznego z Senegalem, słynącego z tego, że jest podobno najgorszym przejściem granicznym na świecie. Pełnym skorumpowanych policjantów, patrzących przez palce na przebranych za policję naciągaczy, potrafiących przepaść z waszym paszportem, który odnajduje się kilka godzin później za odpowiednią opłatą… Na szczęście nie jest to jedyne przejście z Senegalem, a to drugie jest zupełnie przyzwoite. Nam natomiast Rosso kojarzy się z uczynnymi strażakami, którzy poratowali nas wodą pitną, której nie mogliśmy znaleźć przez cały dzień.

Uczynni strażacy z Rosso
Uczynni strażacy z Rosso

Po uzupełnieniu paliwa, wjechaliśmy na teren parku i poszukaliśmy noclegu – jutro będziemy zwiedzać park.
Rano ruszamy w stronę Senegalu. Od tego momentu Mauretania jest zupełnie innym krajem – pełnym zieleni, wody, ptaków i zwierząt, po prostu tętni życiem. Przez park Diawling można przejechać w 3 godziny, ale częste postoje, obserwacja setek flamingów, pelikanów, guźców, waranów !?! – no ten akurat był jeden, osad rybaków suszących ryby na słońcu wydłuża ten czas do wielu godzin, szczególnie, jeśli trasę robi się w obie strony, starając się jej nie powtarzać. Park jest naprawdę niesamowity, szczególnie uwzględniając kontrast całej Sahary, którą musieliśmy pokonać, żeby tu dotrzeć. Zobaczcie sami:

Po południu wyjechaliśmy z parku i szutrową drogą wzdłuż Atlantyku popędziliśmy w stronę stolicy Mauretanii – Nouakchott. Droga po ok. 100 km dotarła do asfaltu i od tej pory już z niego nie zjedziemy – do Europy mamy ok 2700 km. Najpierw jednak nocleg w słynnej Auberge Sahara prawie w centrum stolicy, a potem – do domu.

Mauretania jest wspaniała – na pewno niedługo tutaj wrócimy.

Mauretania 2013

Mauretania 2013 – galeria zdjęć

Mali, Mauretania, Burkina Faso 2012 – galeria zdjęć

Senegal 2011 - wyprawa do Dakaru

Wyprawa do Senegalu – styczeń, luty 2011 r

Pomysł poprowadzenia wyprawy 4×4 do Senegalu w Czarnej Afryce pojawił się mniej więcej w połowie 2010 roku. Po kilku miesiącach przygotowań spotkaliśmy się w Maroku w 4 dwuosobowe załogi. Jedziemy 2 patrolami Y61, jedym Y60 safari i Toyotą HDJ80. Samochody mają silniki 4.2 Wszystkie załogi wzięły udział w sylwestrowej edycji wyprawy po Maroku. Niniejszy reportaż zaczyna się w momencie, kiedy załogi z wyprawy marokańskiej odłączyły się od nas.

Film z tej wyprawy

12 stycznia – środa

Naszą wyprawę zaczynamy w Casablance – odprowadziliśmy grupę uczestników sylwestrowej edycji „berberyjskich koczowników” do autostrady i pojechaliśmy szukać konsulatu mauretańskiego. Niestety okazało się, że został zamknięty dwa tygodnie wcześniej – z końcem 2010 roku. Trzeba jechać do oddalonego o ok. 100 km Rabatu – do ambasady. Ambasadę znaleźliśmy w bocznej ulicy bardzo ładnej dzielnicy, na którą składają się głównie ambasady i rezydencje ich pracowników.

Pod mauretańską placówką koczowali oczekujący na wizy podróżni, kampery z Francji, terenówki z Anglii i Hiszpanii. Sporo obywateli krajów afrykańskich położonych na południe od Mauretanii. Nie znaleźliśmy kempingu, a perspektywa noclegu na ulicy bez toalety, do tego za opłatą 30 MAD od samochodu dla samozwańczego parkingowego (istna plaga w tym roku – na każdym parkingu ktoś „kieruje ruchem” i pobiera za to opłaty) sprawiła, że spaliśmy na pobliskiej stacji Shell. Przynajmniej była tam łazienka.

13 stycznia – czwartek

Pobudka o 7 rano i wjazd pod ambasadę. Przed drzwiami stał już niezły tłumek. Okazało się, że mój pasażer – Piotr nie ma zdjęć potrzebnych do wizy. Wsadziłem go w taksówkę, która miała go zawieźć do fotografa i z powrotem. Ok. 8.30 pojawił się wielce ważny pan, który traktując tłumek mało przyjaźnie rozdał wnioski wizowe. Podstępem udało się dostać jeden więcej – dla wciąż nieobecnego Piotra. To samo z rozdanymi potem rwanymi ręcznie kawałkami papieru z numerkami. Wnioski po francusku obejmujące takie pytania jak odwiedzone przez ostatnie 10 lat kraje i wszystkie wydane wizy pomogła nam wypełnić mówiąca po angielsku para francuskich turystów.

W międzyczasie pojawił się Piotr, a nam w dosyć bezpardonowy sposób kazano ustawić się wzdłuż muru ambasady w idealnej, równiutkiej kolejce. Wnioski przyjmował ten sam pan co wcześniej rozdawał karteczki – teraz siedział za poklejonym taśmą klejącą okienkiem, znajdującym się w małym pomieszczeniu za drzwiami w murze. Pan często krzyczał i kazał się wynosić wchodzącym w za dużych ilościach chętnym. Jednym z obecnych był Amerykanin stojący w tej kolejce 9 raz – ciągle odmawiano mu wydania wizy bez podania powodu. Ot tak. Uparty chłop 🙂 Wiza miała kosztować 340 MAD, ale okazało się, że dwukrotna, a taką właśnie potrzebowaliśmy to koszt 510 MAD. Trzeba było mieć odliczoną kwotę – ambasada nie wydaje reszty.

Po złożeniu wniosków, odmowie wydania wiz w ten sam dzień i odmowie widzenia z konsulem – pojechaliśmy szukać przyzwoitszego miejsca do spania. Na pierwszym napotkanym kempingu – 11 km od Rabatu, nieczynnym od lat, spotkaliśmy grupę Anglików – też zresztą czekających na wize, tyle że mieli odebrać ją dzisiaj. Pojechaliśmy kawałek dalej, gdzie miał być kolejny kemping. Tutaj przynajmniej mieli coś w rodzaju ubikacji, ale wciąż bez łazienki i za absurdalną cenę 100 MAD od samochodu. Zostaliśmy na plaży niedaleko królewskiej rezydencji (przez niedaleko, rozumiem jakieś 5 km), zupełnie na dziko – na łące nad brzegiem oceanu. Zainteresował się nami po jakimś czasie ochroniarz w BMW X5, który po krótkiej rozmowie na tematy samochodów 4×4 pozwolił nam tam zostać.

14 stycznia – piątek

Rano wstaliśmy koło 8. Niedługo potem pojawiła się ponownie królewska ochrona – stwierdzili, że nie możemy spędzić w tym miejscu kolejnej nocy, ale i tak nie zamierzaliśmy, więc nie było problemu. Ruszyliśmy do Rabatu i przed 12 byliśmy pod ambasadą. Stał tam już niezły tłumek, w podobnym składzie co poprzedniego dnia. W międzyczasie dojechali Litwini zamierzający jechać do Sierra Leone starym mercedesem busem, notabene kupionym w Polsce (wciąż miał krakowskie rejestracje na naklejce na szybie). Jeden z pasażerów busa mieszkał parę lat w Gambii. Poznaliśmy też parę austriackich fotografów zmierzających do Mali. Ambasada uchyliła swoje drzwiczki koło 15 i łaskawie wydali nam paszporty z wizami na 2 miesiące. Potem wreszcie ruszyliśmy na południe. W Casablance staraliśmy się omijać gigantyczny korek jadąc poboczem a czasem całkiem obok autostrady, co niestety skończyło się mandatem dla Adama. Nie do końca jasne było za co ten mandat, szczególnie, że policja na poprzednich posterunkach wręcz zachęcała terenowe samochody do jazdy obok drogi, grunt, że zamiast żądanych 700 MAD, policeman zadowolił się 100. Wieczorem dotarliśmy do Safi i na znanym już nam kempingu poszliśmy spać.

15 stycznia – sobota

Wstaliśmy o 8 rano, ale nie udało nam się wyjechać o założonej poprzedniego wieczoru 8.30, z ponad pół godzinnym opóźnieniem ruszyliśmy w stronę Agadiru. Droga była zatłoczona i dotarliśmy na miejsce ok. 14. Podjechaliśmy pod sklep sieci Metro – dla obcokrajowców nie jest wymagana karta wstępu, wystarczy paszport. Po raz pierwszy w Maroku widziałem sklep zaopatrzony jak europejski. Właściwie w dokładnie ten sam asortyment. Kupiliśmy wodę nabiał i jakieś napoje. Na parkingu okazało się, że dodatkowy akumulator w moim samochodzie odmówił posłuszeństwa, kolejny raz. Mój mimo wielu godzin jazdy i ciągłego ładowania dawał napięcie 8V. To kłopot, bo lodówka jest zasilana właśnie z niego, a dopiero co ją napełniłem prowiantem. Kilka kabli rozwiązało problem, chociaż zasilanie całego samochodu jednym akumulatorem może skończyć się rozruchem na przewodach rozruchowych. Ruszyliśmy dalej na południe. Niestety ruch, zmęczenie i ogólna niechęć ekipy do dalszej jazdy sprawiła, że podjechaliśmy na znajomy kemping w Sidi Ifni. Potem skoczyliśmy jeszcze na kolację na rynek, gdzie wbrew zdrowemu rozsądkowi, kupiliśmy sobie różne łakocie robione rękami mytymi zapewne rano przed pracą i notorycznie wycieranymi w brudne szmaty. Jedzonko było pyszne i jak się później okazało – zdrowe.

16 stycznia – niedziela

Ruszyliśmy zgodnie z planem przed 8 rano. W centrum Sidi Ifni udało mi się połączyć z internetem i poinformować ambasadę polską w Maroku, o terminach wjazdu i wyjazdu z Sahary Zachodniej i Mauretanii. Ambasada prosiła wcześniej o taką informację – w tym samym mailu, w którym kategorycznie odradzano nam podróż przez te tereny z powodu zagrożenia terroryzmem. Ruszyliśmy na południe. Po ok. 200 km zatrzymał nas patrol policji, który zachowywał się inaczej niż policjanci w północnej części Maroka – nie byli juz przyjaźni, mówiący po angielsku i uśmiechający się non stop. Zażądali 300 MAD za brak pasów! Dopiero prośba o rozmowę z przełożonym odwiodłą ich od tego pomysłu. Potem nie było lepiej. Każdy napotkany patrol wypytywał nas o co tylko się da, zbierał kopie dokumentów które przygotowaliśmy na Mauretanię itd.. Łącznie rozdaliśmy 7 kopii w jeden dzień, z czego raz w odległości 300 metrów od siebie!

Klify sięgające 150 m wyglądały imponująco i pięknie.
Klify sięgające 150 m wyglądały imponująco i pięknie.

Pod wieczór z patrola Gienka i Łukasza zaczęła wypływać woda – wąż chłodnicy przetarł się – naprawiliśmy jednak usterkę i dotarliśmy do Boujdour gdzie znaleźliśmy nocleg. Miasta Sahary zachodniej zaszokowały czystością, chodnikami i patrolami ONZ. Paliwo po 5 MAD cieszy (w przeliczeniu ok 1,90 zł).

17 stycznia – poniedziałek

Po noclegu na chyba najlepszym jak do tej pory kempingu, ruszyliśmy w dalszą drogę. Obiecaliśmy sobie, że dzisiaj dotrzemy do Mauretanii. Droga była niesamowicie nużąca, krajobraz praktycznie wcale się nie zmieniał, wciąż było widać bezkresną hamadę w obie strony drogi.

Czasami tylko zbliżaliśmy się do oceanu – klify sięgające 150 m wyglądały imponująco i pięknie. Uciążliwe były wciąż dość częste kontrole policyjne – za każdym razem sprawę przyspieszały jednak kopie paszportów i dokumentów samochodu. Na ostatniej stacji w Maroku – Saharze Zach. Zatankowaliśmy paliwa do oporu – miałem tylko kłopot z zapiaszczonymi kłódkami od uchwytów kanistrów. Zaczęliśmy się spieszyć – granicę z Mauretanią zamykają o 18.

Kolejka do mauretańskiej granicy
Kolejka do mauretańskiej granicy

Dotarliśmy do niej 5 minut przed zamknięciem. Niestety przed granicą była kolejka kilkudziesięciu pojazdów. Jak się okazało, niektóre z nich stały tam od 11 rano i jej nie przekroczyły. Musimy czekać do jutra w kolejce na drodze. Obok drogi, są znaki informujące o minach, co stresuje szczególnie tych, którzy muszą iść za potrzebą. Po jakimś czasie policja spisała nasze numery rejestracyjne – w kolejności kolejki, Mamy nr od 46 do 50. Ciekawe czy jutro przekroczymy granicę? Policjanci mówią coś o terrorystach. Wzdłuż kolejki co pół godziny jeździ wojskowy HUMVEE. Czujemy się bezpiecznie.

Piknik przy mauretańskiej granicy
Piknik przy mauretańskiej granicy

18 stycznia – wtorek

Dzień zaczął się wcześnie – w końcu staliśmy w kolejce do granicy, a wszechobecni zdenerwowani podróżni nie zachowywali się cicho. Byliśmy 46 w kolejce do szlabanu, nie licząc ciężarówek ustawionych na lewym pasie jezdni. Jak się okazało znacząco utrudniało to ruch samochodów jadących z Mauretanii, które musiały zadowolić się piaszczystą drogą obok asfaltu. Dawało to chwilami jedynej rozrywki, kiedy obstawialiśmy, czy zakopana ciężarówka, wyjedzie z potrzasku, czy może nawet się przewróci.

Nasze marzenia o przekroczeniu granicy w godzinach porannych upadły w okolicach południa, kiedy okazało się, że kolejka skróciła się o 11 aut. Koło godziny 14 celnicy udali się na przerwę obiadową, jak się okazało trwającą do 15.30, co spowodowało niemałe zamieszanie daleko za nami – zniecierpliwieni podróżni trąbili namiętnie lub próbowali się wpychać bez kolejki. Razem z Łukaszem przynieśliśmy stalową barierę, żeby powstrzymać jednego wybitnie zdeterminowanego niecierpliwca. O 17.35 wjechał pierwszy z naszych samochodów i pewnie na tym zakończyłaby się praca granicy na dzisiaj, gdyby nie desperacki gest Wampira, który dał celnikowi 10 euro łapówki i wpuścili nas wszystkich. Następnie zaczęła się prawdziwa walka z czasem. Samochody najpierw skanowano (mobilny skaner na volvo). Potem wydano nam dokumenty skanu, podpito paszporty (z łaski, bo już po 18). Potem kontrola celna (celnik pytał czy w namiocie na dachu można „fuck”). Potem pogranicznik, policja, żołnierz przy szlabanie, pytający wprost o gift, no i na koniec posterunek żandarmerii pytający o wszystko to samo co poprzednicy i skrupulatnie piszący w kajecik każde dane włącznie z VIN pojazdu.

Zapadał zmrok poradzono nam żebyśmy nie jechali do Mauretanii w nocy bo nie widać drogi, a cały teren jest zaminowany. Pas ziemii niczyjej ma ok. 3 km. Wjechaliśmy tam kiedy było już ciemno i wtedy zaczął się horror. Asfalt kończy się równo ze szlabanem. Dalej jest off-roadowa droga, znaczona kamieniami i oponami, lodówkami oraz spalonymi samochodami, którym się nie udało. W wielu miejscach droga znika, albo się rozdwaja – oczywiście udało się nam z niej zjechać i trafić na placyk gdzie chyba przemytnicy ładowali towar z jednego samochodu na drugi. Cofnęliśmy się i na azymut trafiliśmy na mauretański posterunek graniczny. Posterunek na piasku, słabo oświetlony jedynie w budynkach prądem z generatora. Ponieważ od początku załatwiania formalności towarzyszył nam mężczyzna, którego uznałem naganiacza, który okazał się bardzo przydatny – znał angielski, szybko załatwiał kolejne wpisy i formularze – granica mauretańska została załatwiona dość gładko. Następnie ruszyliśmy za naszym „pomocnikiem” który zaprowadził nas do swojego „super hotelu z ciepła wodą i za 5 euro od osoby”. Jak się okazało ciepła woda była w jednym pokoju a każdy pozostały był gorszy od poprzedniego. W moim nie było nawet zimnej wody. Nasz gospodarz okazał się deputowanym do mauretańskiego parlamentu, na ścianach wisiały jego zdjęcia z prezydentem i Kaddafim.

Fotografia z Kaddafim
Fotografia z Kaddafim

Powiedział nam, że w razie kłopotów w Mauretanii – załatwi wszystko. Nawet wizę w 5 minut. Idziemy spać. Wykończył nas ten dzień. 27 godzin na granicy. To absolutny rekord – następne miejsce zajmuje granica rosyjsko-łotewska – tylko 17.

19 stycznia – środa

Dzisiejszy ranek zaczęliśmy od postrzyżyn :-), potem pojechaliśmy zmienić oleje w silnikach, co zrobiliśmy we wskazanym przez naszego gospodarza pseudowarsztacie. Czarnoskóry mechanik poradził sobie bardzo szybko.

Postrzyżyny w Nouadhibou
Postrzyżyny w Nouadhibou

Następny punkt programu to wrakowisko statków – było ich tam kilkadziesiąt, wzdłuż koszmarnie zanieczyszczonej plaży. Na tej samej plaży zakopał się Wampir i Adam, co skończyło się uszkodzeniem Toyoty – brak przedniego napędu. Na szczęście HDJ Adama ma wszystkie możliwe blokady i po zapięciu blokady środkowego dyfra można jechać dalej. Po drodze mięły nas uzbrojone oddziały – w mieście była demonstracja.

Wraki statków na plaży w Nouadhibou
Wraki statków na plaży w Nouadhibou

Przejazd przez Mauretanię do Nouakchott był niesamowicie nudny. Droga dobrej jakości obstawiona wojskiem i policją, którzy są bardzo przyjaźni a temat kontroli wyczerpuje wręczenie kserokopii paszportów i dowodu. Na jednym posterunku zrobiłem zdjęcie samochodu policji, co skończyło się awanturą – musiałem je skasować. Sama droga była naprawdę przyzwoitej jakości, w kilku miejscach jednak posiadała wielkie dziury, które były problemem nawet dla patrola, szczególnie rozpędzonego do 100 km/h. Wieczorem dotarliśmy do stolicy, gdzie znaleźliśmy nocleg w oberży „Sahara” gdzie spaliśmy w namiotach na parkingu.

20 stycznia – czwartek

Dzień zaczął się od desperackich poszukiwań mauretańskiej naklejki – Wampir jest nieugięty pod tym względem – ma byc i koniec. Niestety tym razem musieliśmy dac za wygraną. Naklejki były nie do zdobycia. Za to udało się nam zamówić oryginalne, mauretańskie tablice rejestracyjne, które wyrabia się tam w garażu – za równowartość 4 euro. Po prostu mówi się panu za prasą co ma być na tej tablicy i po 5 minutach możemy cieszyć się nowiutką tablicą. Dowiedzieliśmy się też, że w stolicy jest cała dzielnica zajmująca się bardzo szeroko rozumianym serwisem samochodów – Ksar.

Dzielnica faktycznie składa się z dziesiątek, jeśli nie setek mini warsztatów – sklepików z częściami do samochodów wszelkich marek.

Serwis Toyoty w stolicy Mauretanii
Serwis Toyoty w stolicy Mauretanii

Tutaj Adam zdecydował się naprawić Toyotę, w której pękł przegub podczas walki o wolność Wampirowego patrola na plaży poprzedniego dnia. W serwisie pokazanym na zdjęciu obok spędziliśmy dobrych kilka godzin – naprawa okazała się jak najbardziej skuteczna. W międzyczasie Łukasz z Gienkiem nabyli oryginalne turbo do swojego 4.2, za całkiem przyzwoite pieniądze. Po południu wyjechaliśmy ze stolicy i skierowaliśmy sie na południe – w kierunku Rosso, które jednak zamierzaliśmy ominąć szerokim łukiem. Napotkana na drodze policja stanowczo odradziła nam jazdę do granicy w nocy, więc obiecaliśmy, że zanocujemy przy kolejnym posterunku, co też zrobiliśmy. Szef żandarmerii lub też ktoś za niego się podający próbował nam sprzedać ubezpieczenie pojazdów na Senegal, jednak tak pokrętnie interpretował tabelę z cenami, że grzecznie mu podziękowaliśmy. Jutro już będziemy w Senegalu – chyba, ze granica znowu nas zaskoczy.

21 stycznia – piątek

Obudziliśmy się koło 8 rano. Nasz obrońca – niby szef żandarmerii już na nas czekał. Pojechaliśmy w stronę Rosso kilka km i zatrzymaliśmy się na skrzyżowaniu z piaskową drogą wskazaną przez „przewodnika”. Zażądał koszulki lub czapeczki i kiedy ją otrzymał – rozstaliśmy się. Droga robiła się coraz gorsza, aż w końcu przecięła ją zawieszona na kilku beczkach rura nawadniająca podpięta do pompy z silnikiem diesla. W pobliżu na polu pracowało 4 murzynów. Wołaliśmy ich ale nas ignorowali więc wyłączyłem pompę zakręcając paliwo – wtedy natychmiast przestali nas ignorować – podeszli do nas i zaczęliśmy rozmawiać. Opcja chwilowego zdemontowania urządzenia nie wchodziła w grę – więc w końcu zawróciliśmy.

Droga do granicy z Senegalem
Droga do granicy z Senegalem

Krążyliśmy między polami pytając lokalesów o drogę -wskazywali ją różnie, zwykle w przeciwnych kierunkach. Jeden z nich zlitował się nad nami i wsiadł do samochodu, poprowadził na kilka km. Przejechaliśmy jeszcze kilka km i zapytaliśmy o drogę ludzi w Hiluksie. Kazali jechać za sobą i ruszyli jak torpeda kurząc tak, że nie było widać absolutnie nic. Doprowadzili nas do drogi idącej wzdłuż rzeki Senegal. Poprosili o 10 euro więc daliśmy im napoczętą paczkę papierosów – uśmiali się i odpuścili temat pieniędzy. Od tego momentu szło szybciej, droga była piaszczysta, miejscami dziurawa, ale coraz ładniejsza okolica nagradzała trudy podróży i wszechobecny kurz. Widzieliśmy guźce i całą masę ptaków. Czaple, flamingi, pelikany. Dojechaliśmy do miejsca kontroli policyjnej w której również pobierano opłaty za przejazd parkiem narodowym Du Diawling.

Guźce na Sahelu
Guźce na Sahelu

Strażnik zażądał na początku 3000 oguia od osoby, w ręku miał plik wypełnionych druczków, które nieopatrznie nam pokazał – wpisana w poprzednich biletach cena to 1000 ogija. Nie mieliśmy już tej waluty, chcieliśmy zapłacić w euro – pan stwierdził więc ze chce 10 euro od osoby. Zadzwoniłem do naszego mauretańskiego przyjaciela z pierwszego dnia – rozmawiał z nim, co właściwie tylko rozjuszyło strażnika. W międzyczasie nadjechał rowerem holenderski podróżnik – który zmierzał do Kamerunu. Pomógł nam w negocjacjach ze strażnikiem. Piotr wyjął kartę kredytową, na co strażnik pokazał, że może ją co najwyżej odczytać między pośladkami. Skończyło się na 1200 oguia i 20 euro. Czyli nieźle.

Dojechaliśmy do granicy, gdzie po mauretańskiej stronie poszło bardzo sprawnie, tylko zarówno celnicy jak i policja wzięli po 10 euro od samochodu „opłaty”. Po stronie senegalskiej wcale nie było lepiej. Już za otwarcie szlabanu na tamie – 10 euro, potem policja zażądała 50 euro od samochodu, co skończyło się ostrą wymianą zdań i negocjacjami zamkniętymi kwotą 10 euro. Policja kazała nam po odprawie jechać dalej, bez odprawy celnej – znowu awantura. Celnik poprosił o dokumenty i carnet de passage i zniknął. Pojawiał się potem kilkukrotnie i za każdym razem mówił że jeszcze 5 minut.

Na granicy stało wiele samochodów czekając na konwój do gambii – nie posiadając karnetu trzeba jechać w takim konwoju, mając 24 godziny na opuszczenie Senegalu. W międzyczasie szukaliśmy ubezpieczenia które należy posiadać i wykupić w senegalu. Pani sprzedająca ubezpiecenia kasowała „swoich” na 4000 cfa, a od nas chciała 35000. Pokazałą nam tabelę dotyczącą samochodów ciężarowych, na szczegółowe pytania odpowiadała, że nie rozumie o co chodzi. Wtedy do baru przyszedł nasz celnik z podbitymi karnetami, poprosił o 20 euro opłaty, informując jednocześnie, że za 3 dni musimy podbić karnet ponownie w Dakarze. Uznaliśmy, że jedziemy dalej bez ubezpieczenia. Piotr wypatrywał policji prze lornetkę – pierwszy patrol próbowaliśmy ominąć, ale się nie udało, więc siłą rzeczy podjechaliśmy do nich. Od razu zagadaliśmy ich pytając o drogę i się udało. Kolejny patrol uznał że jesteśmy rajdem, a następny, zresztą oznaczony na mojej mapie jako corrupt police poprosił o ubezpieczenie. Dałem mu polskie oc, ale nie dał się nabrać. Powiedział że musimy zapłacić po 50 euro kary od samochodu. Odstawiliśmy z Wampirem i Piotrem szopkę stulecia, proponowaliśmy mu imprezę na jego cześć, mówiliśmy o senegalskich kobietach i chcialiśy mu pomóc w pracy łapiąc innych kierowców. Skończyło się na 40 euro za wszystkich oczywiście bez ubezpieczenia, ale zawołał nam agenta, który zrobił ubezpieczenie za połowę ceny z granicy. Potem pojechaliśmy do słynnego zebra bar, położonego w pięknym parku narodowym na brzegu Atlantyku. Tu widzieliśmy pierwsze baobaby.

Zebra Bar - słynny kemping niedaleko St. Louis
Zebra Bar – słynny kemping niedaleko St. Louis

22 stycznia – sobota

Dzisiaj postanowiliśmy odpoczywać, szczególnie, że w Dakarze musimy być w poniedziałek, wiec i tak nie możemy się oddalić z tego rejonu.

Zebra bar położony jest na półwyspie w parku narodowym poniżej St. Louis. W nocy słyszeliśmy krzyki ptaków, niektóre tak dziwne, że nie potrafiliśmy sobie wyobrazić, jaki ptak może mieć taki głos. Pobliski ocean i piękna czysta plaża, kusiły kąpielą. Po śniadaniu poszedłem nad zatokę, gdzie znalazłem setki jeśli nie tysiące fioletowych krabów, rozbiegających się na boki przede mną w cichym szeleście. Na plaży stały też słynne senegalskie pirogi. Koło 13 podeszła do nas murzynka pytając czy chcemy jeść u nich obiad – jak najbardziej! Niestety miała na myśli obiadokolację serwowaną po 19 więc, musieliśmy jeszcze sporo poczekać. W międzyczasie poznałem właścicielkę Zebra baru – blondynkę koło 50, pochodzącą ze Szwajcarii. Nasza obiadokolacja niestety nie spełniła oczekiwań – jedzenie było za drogie i było go zdecydowanie za mało – trudno, za lenistwo się płaci.

Baobab - zdjęcia tego nie oddadzą
Baobab – zdjęcia tego nie oddadzą

23 stycznia – niedziela

Ruszamy do Tuby. To położone ok. 250 km od St. Louis miasto jest swego rodzaju muzułmańską Mekką Senegalu. Szczególnie dzisiaj, kiedy zjeżdżają się tam muzułmanie z całego kraju i nie tylko. Droga okazałą się trudna, wielkie dziury w asfalcie zmuszały nas do jazdy poboczem, aż w końcu wjechaliśmy w step i pojechaliśmy na azymut. Wampir znalazł wielką krowią czaszkę, którą zamocował na przodzie samochodu, zrobiliśmy sobie zdjęcia pod baobabem, widzieliśmy stado sępów w akcie konsumpcji martwego osła i zaparkowaliśmy pod drzewem dzikiego mango, którego owoce nie nadawały się jednak do jedzenia.

Sępy w akcji
Sępy w akcji

Dojazd do samej Tuby robił się coraz trudniejszy, z powodu wielkiego ruchu – po powrocie na asfalt zwolniliśmy, by w końcu stanąć całkowicie w gigantycznym korku z dala jeszcze od centrum miasta. Mieszkańcy pozdrawiali nas, robili nam zdjęcia, kiedy w końcu ruszyliśmy, okazało się, że na samochodzie Łukasza uwiesiło się 4 młodzieniaszków, szukających darmowego transportu.

Meczet w Toubie
Meczet w Toubie

Kiedy dotarliśmy w okolicę Meczetu, policja skierowała nas w boczną ulicę, gdzie zostawiliśmy samochody pod sierocińcem. Po chwili oblegały nas dziesiątki dzieci, powtarzających nasze gesty i słowa.

Powrót okazał się trudniejszy niż dotarcie do celu. Niesamowite ilości samochodów i ludzi, przemieszane razem praktycznie stały na drogach nie przemieszczając się w ogóle. W tym wszystkim jeszcze potrafiły się przeciskać konwoje ważnych osobistości w samochodach pełnych pięknych dziewczyn, eskortowane przez policję na motorach. Po ok. godzinie, jadąc bocznymi ulicami z piaszczystą nawierzchnią, kurząc niemiłosiernie wydostaliśmy się z miasta. Zrobiliśmy sobie postój pod naprawdę wielkim baobabem. Później ruszyliśmy w stronę Dakaru. Na drodze ruch był również gigantyczny, na szczęście głównie w tą samą stronę, co my, więc można było wyprzedzać po kilkadziesiąt samochodów na raz, czasem tylko zjeżdżając na prawo lub wręcz całkiem jadąc polną drogą biegnącą wzdłuż tej asfaltowej. Świetna zabawa. Na nocleg zatrzymaliśmy się w Oberży Gilbert, sympatycznym miejscu, z łazienkami w pokojach, mimo tego, że spaliśmy we własnych namiotach.

Byliśmy największą atrakcją
Byliśmy największą atrakcją

24 stycznia – poniedziałek

Rano okazało się, że nasz nocleg to właściwie hotel na godziny. Mimo wszystko było sympatycznie.

Wymieniliśmy pieniądze w banku, po czym okazało się, że lepszy kurs oferował właściciel oberży. Ruszyliśmy do Dakaru. Ruch niemiłosierny, próbowaliśmy objechać główną drogę wjazdową, odbiliśmy lekko na północ, gdzie poznaliśmy obrzeża Dakaru – tłumy ludzi, brud, smród i ciasne uliczki. Niepowtarzalny klimat. Znaleźliśmy port i posterunek celny, gdzie bez problemów, kolejek i łapówek podbiliśmy Carnet de Passage.

Dakar - przedmieścia
Dakar – przedmieścia

Później sprawdziliśmy połączenia lotnicze dla Piotra i wyjechaliśmy z miasta. Jechaliśmy mozolnie na wschód, naszym celem jest Niakolo Koba. Kiedy się ściemniło, droga uległa znacznemu pogorszeniu, pojawiły się dziury tak wielkie, że nawet nasze samochody miały problemy z ich pokonaniem, a inni uczestnicy ruchu odstawiali istny taniec przed nami, jadąc każdym pasem ruchu i poboczami.

Miejsce noclegu przy jeziorze - niedaleko Gambii
Miejsce noclegu przy jeziorze – niedaleko Gambii

W nocy dotarliśmy do zaznaczonego hotelu – kempingu, nad brzegiem jeziora. W hotelu nie było prądu, wody i ani jednego klienta. Właściciel przyjechał wezwany przez strażnika, zażądał 30000 CFA za sam kemping na parkingu oraz kazał pokazać czy mamy pieniądze, więc uśmialiśmy się i wyjechaliśmy stamtąd czym prędzej. Pojechaliśmy wzdłuż plaży, gdzie zostaliśmy na noc.

25 stycznia – wtorek

Pomimo obaw dotyczących bezpieczeństwa, poprzedniego wieczoru – noc minęła spokojnie. Spaliśmy do 8.30 po czym ruszyliśmy dalej wzdłuż granicy z Gambia. W mieście Mba Mba zjechaliśmy na południe drogą off-roadową. Tutaj Senegal pokazał się nam z innej strony.

Senegalska dziewczyna z dzieckiem
Senegalska dziewczyna z dzieckiem

Wsie z domami z trzciny, kolorowe ptaki i małpy ganiające w poprzek drogi. Kobiety prezentujące biust bez skrępowania, czasem wręcz odsłaniające się jakby celowo, podnosząc koszulkę do góry 🙂 Staraliśmy się znaleźć prehistoryczne kręgi kamienne, niestety to się nam nie udało, ale przejazd przez te tereny był niesamowitą przygodą.

Kemping w Dar Salam
Kemping w Dar Salam

Koło 17 dotarliśmy do wioski Dar Salam, gdzie jest główna brama do parku Niakolo Koba i zanocowaliśmy na kempingu obok bramy. Do dyspozycji mieliśmy łazienkę w jednej z glinianych chat krytych trzciną, pomimo spartańskich warunków i totalnym braku oświetlenia, bardzo się nam podobało.

26 stycznia – środa

Po pobudce o 8 rano i w miarę szybkim posiłku i pakowaniu stanęliśmy przy bramie parku gotowi do drogi. Nasz przydzielony przewodnik o imieniu Bana – znał trochę angielski. Umówiliśmy się, że wjeżdżamy na dwa dni i wyjedziemy w południowej części parku, musieliśmy więc pokryć również koszt powrotu przewodnika do Dar Salam.

Niesamowity zmierzch
Niesamowity zmierzch

Przewodnik wsiadł do mojego samochodu, jego torbę zmieściliśmy w samochodzie Gienka i ruszyliśmy w głąb parku. Park dość szybko zmienił się dżunglę – tym gęstszą, im bliżej byliśmy rzeki. Udało się nam zobaczyć kilka rodzajów antylop, jakieś duże ptaki których nazwy nawet nie mogę powtórzyć, pawiany i małpy. Koło 14 dotarliśmy do campingu Lion Camp, nad samą rzeką Gambią, gdzie mieliśmy później wrócić na nocleg. Nasz przewodnik załatwił jakieś formalności u uzbrojonych po zęby strażników parku i pojechaliśmy do niedalekiego hotelu, gdzie wsiedliśmy na łódź, mającą nam pokazać faunę od strony wody.

Krokodyl w Niakolo-Koba
Krokodyl w Niakolo-Koba

Pierwsze rzuciły nam się w oczy krokodyle wylegujące się na skałach i wysepkach, czaple i gwóźdź programu – hipopotamy. Te wielkie stworzenia wystawiały praktycznie tylko oczy z wody, czasem całe paszcze, jednak robiły to w taki sposób jakby bawiły się z nami w jakiś rodzaj ciuciubabki.

Hipopotam w rzece Gambii
Hipopotam w rzece Gambii

Zanim zdążyliśmy zrobić zdjęcie jednemu, chował się i wtedy wynurzał się inny w innym miejscu i tak bez końca. Po powrocie na ląd przewodnik zaprowadził nas do miejsca w którym mieszka (niestety w klatce podobno ufundowanej przez Brigitte Bardot ) gepard. Zwierzę wyglądało na znudzone i stanowiło w sumie żałosny obraz. Po powrocie na kamp wykąpaliśmy się w rzece (niektózy w towarzystwie nagich murzynek), niestety kiedy ja z dwójką kolegów dotarliśmy na kąpielisko został tam już tylko jeden murzyn 🙂 Malpy biegające po kampie potrafiły nawet brać cukierki z ręki, po czym urządziły istną gonitwę w koronach drzew strącając na nas gałęzie i liście. Zobaczymy jak minie tu noc.

27 stycznia – czwartek

Rano ruszyliśmy przez park do miejscowości Kedougou. Przewodnik martwił się, że nie zdążymy na jego autobus, mówił, że droga jest długa i ciężka. Nie mylił się. Droga była zarośnięta trawą, z głębokimi koleinami, wyschniętymi dawno temu, przez co trudnymi do pokonania. Przeprawiliśmy się przez rzekę Gambię, po moście zbudowanym z bali.

Przeprawa przez rzekę Gambię
Przeprawa przez rzekę Gambię

Potem po blisko stu kilometrach dotarliśmy w mozolnym tempie do posterunku policji parkowej, gdzie Wampirowi została udzielona nagana przez leżącego na leżaczku wojskowego. Potem skierowaliśmy się na wschód gdzie droga robiła się coraz lepsza, ale aż do Kedugu nie zmieniła się w asfalt, za to pojawiły się delikatne góry. W Kedougou nasz przewodnik wysiadł i pojechaliśmy nad wodospady pod granicą z Gwineą.

Wodospad Dindefello
Wodospad Dindefello

Dotarliśmy na miejsce krótko przed zachodem słońca, jednak okazało się że droga kończy się na „kempingu” a do wodospadów mamy jeszcze kilometr pieszo. Kilometr tak naprawdę był dwa razy dłuższy niż zwykle, ścieżka wiła się między pagórkami, była usiana kamieniami i kilkukrotnie przekraczała strumień. Na miejscu, było przeurocze jeziorko i wysoki na 50 metrów wodospad. Wykąpaliśmy się w czystej i mocno zimnej wodzie z prysznicem. Powrót okazał się jednak trudny, przejście tej samej drogi po ciemku było dosyć karkołomnym przedsięwzięciem. Udało się jednak uniknąć kontuzji.

28 stycznia – piątek

Rano ruszyliśmy do Kedugu razem z naszym nocnym przewodnikiem, który okazał się mechanikiem pracującym w tej miejscowości. Po dotarciu na miejsce naprawiliśmy uszkodzony przewód hamulcowy w patrolu Eugeniusza. Później pojechaliśmy asfaltem przecinającym park Nikolo Koba na północny zachód. W Tambacumbie rozdzieliliśmy się na dwie grupy. Wampir i Adaś pojechali do Gambii a ja z Eugeniuszem nad Lac Rose – słonego jeziora w pobliżu Dakaru, na plaży którego zawsze kończył się rajd Paryż – Dakar. Gambie odpuściliśmy z powodu obaw Piotra o czas do jego odlotu. Droga chociaż długa, minęła bez niespodzianek, trochę pobłądziliśmy szukając jeziora, co zaowocowało nowymi przyjaźniami w miejscowości Bambilor. Dotarliśy na kemping, w któym nie było żadnych gości, jak i elektryczności. Za to był bardzo miły strażnik który jak się okazało przez 20 lat był rybakiem na oceanie, pływając aż pod Agadir.

29 stycznia – sobota

Dzisiejszy dzień to totalna laba nad brzegiem jeziora. Spaliśmy do godziny 10, potem podziwialiśmy ilość łodzi z poławiaczami soli – poddaliśmy się, kiedy przy próbie ich policzenia przekroczyliśmy dwie setki. Graliśmy w karty, zrobiliśmy pranie, uczyłem się jak przywiązać sobie na plecach niemowlę – ta sztuka robi niezłe wrażenie.

Nietypowe nosidełko
Nietypowe nosidełko

Kobieta schyla się, zakłada niemowlaka na plecy – ten trzyma się rączkami szyi mamy, a ona przywiązuje go chustą do siebie. Potem po prostu idzie do pracy. Nie zdecydowaliśmy się na kąpiel w jeziorze, ale obiecaliśmy sobie, że zrobimy to kolejnego dnia.

30 stycznia – niedziela

Dzisiaj weszliśmy z Łukaszem do jeziora. Jest płytkie, mocno zamulone i niewyobrażalnie słone. Wyporność jest taka, że można wyciągnąć wyprostowane ręce i nogi w górę, i wciąż jest się na powierzchni. Dyskomfortem jest jednak stężenie soli, powodujące szczypanie oczu i innych wrażliwych miejsc. Koło 15 Piotr chciał już jechać do Dakaru więc razem z Łukaszem odwieźliśmy go na prom na wyspę Goree, którą chciał zwiedzić przed odlotem i pojechaliśmy zrobić rundę po stolicy.

 Miasto piękne wzdłuż wybrzeża, robi się coraz bardziej zaniedbane wewnątrz, aż do granicy slumsów w samym środku. Ponieważ nie spieszyło się nam na kamp, pojechaliśmy do poznanych dwa dni wcześniej dziewczyn, zgodnie z obietnicą, że do nich później wrócimy.

Fatima z Łukaszem
Fatima z Łukaszem

Sukija – młoda gospodyni, zaprosiła nas do domu i prowadziła nas przez długie korytarze do… swojej sypialni, w której jedynym meblem nadającym się do siedzenia było wielkie łóżko. Poprosiła byśmy się na nim położyli i sama zrobiła to samo. Po czym przyszła jej mama i płynną angielszczyzną rozmawiała z nami o Senegalu i jego mieszkańcach. Poznaliśmy również ojca dziewczyny oraz… jego drugą żonę i kilkanaścioro braci i sióstr Sukiiji.
Niedługo potem przyszła Fatima, siostra Sukiji, która dołączyła do naszego party. Fatima studiuje iberystykę na uniwersytecie w Dakarze. Dowiedzieliśmy się również, że rodzina jest muzułmańska, że czystość jest najważniejsza, dziewczyny są dziewicami i możemy się z nimi natychmiast ożenić już za milion CFA (ok 6500 zł), przekazanych ich rodzinie. Nie skorzystaliśmy z oferty. Dzisiaj wieczorem dotarli do kempingu Aga i Wampir oraz Bronia z Adamem. Jak się okazało ich wycieczka do Gambii zakończyła się holowaniem samochodu Wampira, który nie wytrzymał tankowania z beczki po drodze.

Żyrafa w rezerwacie Bandia
Żyrafa w Bandii

31 stycznia – poniedziałek

Od dzisiaj wracamy do Europy. Ostatni nocleg w Senegalu zrobiliśmy ponownie w Zebra Barze. Pewnie pomyślicie, że jego właściciele coś mi odpalili w zamian za tak intensywną reklamę – jednak miejsce zasługuje na swoją sławę zupełnie gratis. Tym razem corrupted police zatrzymali nas, ale po chwili bez słowa puścili. Ciekawe dlaczego?

1 lutego – wtorek

Opuściliśmy Senegal, na granicy kategorycznie odmówiliśmy płacenia jakichkolwiek łapówek, co się opłaciło, pomimo dość stresującej sytuacji, kiedy w odwecie przeszukano nam samochody i zarzucono brak szacunku do Islamu – wyrażanego ilością wwożonego do Mauretanii piwa. Mimo wszystko piwo nam oddano i wjechaliśmy do tego surowego kraju. Na pierwszym posterunku policji zabrałem jednego z policjantów jadącego do Nouakshott do samochodu, co spowodowało, że kolejne posterunki mijaliśmy szybko i najczęściej bez potrzeby rozdawania kserokopii dokumentów. Spaliśmy w znanym nam juz Oberge Sahara.

2 lutego – środa

Ziemia niczyja pomiędzy Mauretanią i Saharą Zach.
Ziemia niczyja pomiędzy Mauretanią i Saharą Zach.

Po całym dniu jazdy przez Mauretanię, dotarliśmy do granicy ok godziny 20 i jako pierwsi zatrzymaliśmy się przed szlabanem. Zabrano nasze paszporty i obiecano nam, że rano od razu przekroczymy granicę, co dokładnie się stało. Przejazd w dzień przez ziemię niczyją, nie robił takiego wrażenia, jednak umożliwił zrobienie zdjęć. Marokański posterunek udało się nam przekroczyć w ciągu ok 3 godzin. Dotarliśmy do miasta Boujdour pod wieczór i tam też zanocowaliśmy.

3 lutego – czwartek

Strusie na wjeździe do miasta Boujdour w Saharze Zach.
Strusie na wjeździe do miasta Boujdour w Saharze Zach.

Dzisiaj jedziemy na północ przez Saharę Zachodnią. Może uda się dotrzeć do Sidi Ifni? Droga jest tradycyjnie monotonna i długa. Udało się nam jednak ją pokonać. W Sidi Ifni odpoczęliśmy do 12 następnego dnia. W tym miejscu też zakończę mój reportaż dzień po dniu. Dalej po prostu parliśmy ile się dało codziennie, żeby dotrzeć do Polski w miarę szybko. Cała wyprawa, razem z częścią marokańską, zajęła nam 7 tygodni, a przejechana trasa ma 17 tysięcy kilometrów. Na pewno niedługo wrócimy w te rejony Afryki – jeśli nie do Senegalu i Gambii, to na pewno do Mali.

Tutaj znajduje się galeria zdjęć z tego wyjazdu